Schmidt sier-wrz
Wywiad

Django Bates: wierzę w moc grania

Obrazek tytułowy

fot. Jarek Wierzbicki

Django Bates – kompozytor, multiinstrumentalista, wykładowca. Muzyk i twórca niezwykle wszechstronny. Uznawany za jednego z najbardziej utalentowanych brytyjskich jazzmanów. Znany między innymi z licznych kompozycji pisanych dla dużych składów. Śmiały i częsty komentator wydarzeń bieżących – także pozamuzycznych.

Krzysztof Komorek: Rok 2017 był dla ciebie bardzo ważny. Ukazały się bowiem trzy szeroko komentowane płyty z twoim udziałem. Pierwsza z nich to Saluting Sgt. Pepper, czyli hołd dla Beatlesowskiego Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band. Podobno inicjatywa nagrania wyszła ze strony jednego z niemieckich radiowych big-bandów?

Django Bates: Tak, projekt był inicjatywą HR (Hessischer Rundfunk) Bigband z Frankfurtu. W nagranie ostatecznie zaangażowały się trzy inne zespoły: fińska UMO Jazz Orchestra, duński big-band radiowy oraz Norrbotten Big Band ze Szwecji.

Znaczenie Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band The Beatles dla historii muzyki jest niepodważalne, ale czy ty też masz jakieś osobiste wspomnienia związane z tym albumem?

Zetknąłem się z Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band przy okazji osiemnastych urodzin mojej starszej siostry. Po prostu kupiłem jej ten album w prezencie. Podarunek doskonały. Przez zamknięte drzwi jej pokoju słyszałem jakieś urywki, fragmenty. Już one dawały odczuć bogactwo dźwięków, stylów, efektów, niespodzianek. Obficie okraszone słowami szaleństwa i rozsądku.

Czy ta płyta miała wpływ na kształtowanie się ciebie, jako muzyka?

Moi rodzice nie słuchali i nie puszczali nigdy w domu muzyki pop. Miałem, zdaje się, około ośmiu lat, kiedy usłyszałem ową eksperymentalną stronę Beatlesów. To oczywiste, że wywarło na mnie wrażenie poznanie czegoś innego niż to, czego zwykle słuchało się w domu: psychodelicznej, beztroskiej hippisowskiej muzyki. W swoim pokoju „grałem” na perkusji z kartonowych pudeł słuchając najprzeróżniejszych rzeczy: śpiewających Zulusów, Davy’ego Grahama (folkowy gitarzysta brytyjski– przyp. red), jug bandów z Nowego Orleanu, Mingusa. No, a kiedy pojawili się Beatlesi zostałem perkusyjnym partnerem Ringa.

Wiadomo też, że darzysz dużą atencją Charliego Parkera. Co jeszcze fascynowało cię jako młodego młodego muzyka?

Urodziłem się w roku 1960, w domu, który rozbrzmiewał dźwiękami jazzu, muzyki afrykańskiej, cygańskiej. A od czasu do czasu słychać też było muzykę Alfreda Schnitkego. Kultura i muzyka pop w ogóle u nas się nie pojawiały – można powiedzieć, że moi rodzice uważali to za diabelskie wynalazki. W dniu, kiedy się urodziłem, w domu grała właśnie płyta Charliego Parkera. Słynne nagranie live z Rockland Palace, album Bird Is Free (1961). Tak więc jego muzyka wypełniła moją duszę i tam już pozostała.

Na początku swojej muzycznej drogi grałeś w dużej grupie Loose Tubes, w której wielkie kariery zaczynało wielu znaczących muzyków brytyjskiego jazzu. Jak doszło do waszego spotkania i założenia zespołu?

Na początku z niechęcią odnosiłem się do pomysłu grania z big-bandem, ale kiedy w sali prób pierwszy raz zetknąłem się z rozbudowanym 21-osobowym składem, zdałem sobie sprawę, że to dla mnie wspaniała okazja do testowania moich kompozycji. Przyniosłem coś na kolejną próbę, wszystkim się to spodobało i, jak sądzę, odmieniło zespół. Od tamtego czasu przynosiłem kolejne utwory co tydzień. Ronnie Scott lubił nasze granie i zaprosił nas do zagrania w swoim klubie. Publiczność przyjęła nas z entuzjazmem, media nas zauważyły. Właśnie ten tydzień występów zapoczątkował wiele karier członków big-bandu.

Czy to sukces tamtego zespołu spowodował, że jeszcze zanim oddałeś hołd Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, niejednokrotnie zajmowałeś się dużymi składami?

Po sukcesie Loose Tubes przypadkiem uznano mnie za kompozytora bigbandowego. I rzeczywiście lubię bawić się nieskończonymi możliwościami, jakie daje tak duży zespół.

Django Bates Belovéd by nick white.jpg fot. Nick White

Druga z ubiegłorocznych twoich płyt – The Study Of Touch – to nagrania z triem Belovèd dla ECM (recenzja w tym numerze JazzPRESSu). Spotkaliście się w Kopenhadze, gdzie wykładałeś w tamtejszym Rhythmic Music Conservatory. Co spowodowało, że zdecydowałeś się na zespół tak różniący się od innych twoich projektów?

Nigdy nie planowałem gry w triu. Jest tak dużo takich zespołów. Jednak pewnego dnia usłyszałem próbę zespołu z Petterem (Eldhem) i Peterem (Bruunem) w składzie i poczułem, że muszę z nimi zagrać. Tak dla przyjemności. Nasze granie przerodziło się jednak w coś wyjątkowego. To trio różni się od innych moich zespołów. Zanim pojawiły się konkretne kompozycje, przez rok przygotowywaliśmy najdrobniejsze szczegóły, włącznie z ustawieniem na scenie, tak żeby móc jak najlepiej się widzieć i słyszeć podczas grania. Żeby uzyskać jak najlepsze akustyczne brzmienie. Ćwiczyliśmy bez żadnych utworów, free, tylko z luźnymi wskazówkami – szybko, cicho, delikatnie. Tak, by zbudować zespołowi podłoże spontaniczności. Teraz, kiedy przychodzę z napisanym utworem, podchodzimy do niego w sposób otwarty, jak podczas naszych improwizowanych sesji. Zapamiętywanie muzyki, ciągłe jej rozwijanie, udoskonalanie, pozwala nam na zniesienie niepotrzebnego podziału na to, co wcześniej napisane, i to, co improwizowane. Podczas koncertów Belovèd fragmenty zróżnicowanej muzyki łączymy poprzez stałą interakcję pomiędzy trzema instrumentalistami.

Wasza pierwsza płyta była dedykowana Charliemu Parkerowi i związana z jego muzyką. Tym razem zdecydowaliście się nagrać prawie wyłącznie twoje utwory. Część była znana już wcześniej, ale pojawiły się także nowe. Dlaczego tak właśnie zostały dobrane?

Napisałem kilka utworów specjalnie na ten album. Jeden z nich, Happiness All The Way Up, jest odpowiedzią na starszy utwór Sadness All The Way Down (również zamieszczony na najnowszym albumie tria – przyp. red.). Kończy się wymyśloną nutą, słuchową iluzją, stworzoną bez studyjnych tricków. Jedną nutę wyżej niż ostatni dźwięk fortepianu. Utwór Parkera Passport przypomina pierwsze wpływy, pod jakimi pozostawało nasze trio. Ten tytuł przy okazji dobrze koresponduje z katastrofą, jaką jest Brexit. Jest jeszcze kilka starszych kompozycji, tutaj przepracowanych na nowo. Belovèd cały czas się zmienia, przemodelowuje i mam nadzieję, że słuchacze dostrzegają te zmiany.

Trzecim z ubiegłorocznych albumów z twoim udziałem jest Blue Maqams Anouara Brahema, w którego nagraniu wzięli udział również Dave Holland i Jack DeJohnette. To zupełnie inna muzyka niż ta z dwóch płyt tria Belovèd. W jej recenzjach często podkreślano znakomite zderzenie brzmienia oudu Brahema i twojego fortepianu. Skąd wziąłeś się w tym zespole? Czy to było twoje pierwsze spotkanie z muzyką o arabskich korzeniach?

Manfred (Eicher) zaprosił mnie do tego projektu. Wcześniej dał naszą płytę Anouarowi. Spodobało mu się i wybrał mnie do nagrań. Moja pierwsza próba z Anouarem to było także moje pierwsze muzyczne spotkanie z oudem. Bardzo mnie to interesowało, także techniczne szczegóły, chociażby jak wygląda strojenie. Wszelkie kulturowe różnice. Improwizacja wymaga wrażliwości. Wtedy wszelkie zestawienia instrumentów i dźwięków są możliwe. Podobało mi się to wyzwanie, delikatne wejście w świat dźwięków oudu. Wyczekanie na odpowiedni moment, aby wnieść coś od siebie, wzbogacić harmonicznymi rozwiązaniami zachodniego świata.

Jak wspominasz współpracę przy tym projekcie z Davem Hollandem – także Brytyjczykiem, ale ze starszego pokolenia – oraz z Jackiem DeJohnettem?

Słuchałem dużo Dave’a Hollanda i Jacka DeJohnette na albumie Gnu High (Kenny’ego Wheelera, wydanym w 1976 roku, z Keithem Jarrettem w składzie – przyp. red.). To było magiczne móc zagrać z nimi oboma. Tworzą razem mocny zespół. Chłonny i otwarty na moje działania. Wyruszamy w trasę koncertową z tym projektem i mam nadzieję, że więź między nami będzie się umacniać. Myślę, że będę się uczył, czerpał z ich spokoju i pewności siebie. To będzie ciekawe doświadczenie usłyszeć od nich różne historie. Choćby z czasów Milesa.

Jesteś bardzo zajętym kompozytorem. Komponujesz muzykę do spektakli teatralnych, na zamówienia festiwali, dla orkiestr symfonicznych. Czy pisanie na zamówienie i dla własnego zespołu różni się od siebie?

Dla mnie to ten sam i taki sam proces. To po prostu przekazywanie idei i wydobywanie emocji, odzewu ze strony publiczności. Nie ma znaczenia, czy jest ona w teatrze, klubie czy w filharmonii. Najważniejsze, by zrobić wszystko na najwyższym poziomie, na jaki cię stać.

Wielu młodych polskich muzyków pamięta cię z kopenhaskiego Konserwatorium. Uczyłeś i uczysz także w innych europejskich szkołach. W Polsce żywe są dyskusje na temat różnic między polskim i duńskim modelem edukacji muzycznej. Jak ty, z praktycznego punktu widzenia, oceniasz różne podejścia do nauczania muzyki w Europie?

Wierzę w moc grania. Gram i tworzę muzykę z moimi studentami, kiedykolwiek jest to tylko możliwe. Dlatego opuściłem Kopenhagę i przeniosłem się do Berna. W Szwajcarii akceptują moje pryncypia. Lubię także czuć, że ja sam uczę się razem z moimi studentami. Razem z nimi gram swoje kompozycje, bebop, moje aranżacje Parkera. Wymyślam dużo ćwiczeń dla solistów. Ćwiczymy nietypowe formy. I w każdej grupie koncentrujemy się na odkryciu zespołowego brzmienia. Jednak ponad wszystko cała ta praca powinna zawierać radość tworzenia muzyki, wspólnego aktu twórczego.

Ty sam, jako student, szybko porzuciłeś Royal College of Music, kończąc przedwcześnie edukację. Nauczyciele nie znaleźli drogi dotarcia do ciebie? Czy uważasz, że formalne wykształcenie jest muzykowi niezbędne? Jak teraz wykorzystujesz tamte swoje doświadczenia w procesie uczenia innych?

Każdy powinien znaleźć swoją własną drogę nauki. Studenci muzyki potrzebują impulsu od innych muzyków. Bycie samoukiem oznacza tworzenie własnych ćwiczeń i zadawanie mnóstwa pytań innym, ale i samemu sobie. Źle trafiłem ze studiami w Royal College, przede wszystkim dlatego, że wówczas, w roku 1979, nie było tam jazzowego kierunku nauczania. Uczyłem się kompozycji na wydziale klasycznym, gdzie zupełnie nie pasowałem.

W mediach społecznościowych, ale także podczas koncertów, często i zdecydowanie komentowałeś i nadal komentujesz aktualną sytuację polityczną. Nie ukrywasz swoich poglądów i przekonań. Żyjemy w czasach, kiedy w wielu krajach mamy do czynienia z podobnym politycznym krajobrazem – w USA zwycięstwo odniósł Donald Trump, w Polsce – PiS, zwolennicy Brexitu w Wlk. Brytanii. Wielu artystów w tych krajach pozostaje w opozycji do władz czy podejmowanych przez nie decyzji. Zapytam więc przekornie – czy myślisz, że ludzie, wyborcy, chcą słyszeć wasz głos? I czy biorą go pod uwagę?

Dobre pytanie. Ostatnio podczas występów przestałem wspominać o Brexicie, ponieważ to nie miało związku z naszym graniem. Kiedy wypowiadam się, choćby na Facebooku, kieruję się przede wszystkim do swoich znajomych. Nie próbuję zmieniać czyichkolwiek przekonań. Robię to raczej, by zainteresować, zaangażować, czasem zabawić moich przyjaciół. Nie unikam politycznych kontekstów w swojej muzyce, jednakże staram się nie przypisywać siebie do konkretnej partii czy stronnictwa politycznego, ponieważ muzyka pozostanie na zawsze, a programy partyjne i poglądy polityków zmieniają się co chwila. Kiedyś, podczas koncertu w Sarajewie, ktoś z publiczności poprosił mnie o wsparcie ze sceny dla pomarańczowej rewolucji na Ukrainie. Generalnie popieram koncepcję rewolucji wtedy, kiedy jest ona potrzebna i przez chwilę kusiło mnie, żeby wyrazić takie poparcie, ale po chwili namysłu stwierdziłem, że muszę wypowiadać się odpowiedzialnie. Szczególnie stojąc na scenie muszę wiedzieć, o czym mówię. Tak wiec ostatecznie powiedziałem: „ Nie wiem, kto tak naprawdę prowadzi pomarańczową rewolucję i jest za nią odpowiedzialny. Muszę najpierw sprawdzić fakty”. Może nie było to oczekiwane wystąpienie, ale na pewno szczere.

Może powinieneś wyraźnie oddzielić głos Django Batesa artysty od wypowiedzi pana Batesa zwykłego obywatela?

Właśnie dlatego nie mówię już o Brexicie ze sceny. Chociaż… widziałem raz koncert Jana Garbarka, podczas którego on nie odezwał się ani jednym słowem do publiczności. I to bardzo pasowało do jego występu. Spróbowałem tak zrobić podczas jednego ze swoich koncertów i czułem się bardzo niekomfortowo. Jestem obywatelem swojego kraju, jak wszyscy inni. Tworzenie i granie muzyki to rodzaj społecznego zaangażowania. No chyba, że ktoś uważa to za przekazywanie głosu Boga. Nie sądzę, bym był przekaźnikiem boskich myśli, choć mam nadzieję, że On / Ona mógłby zgodzić się z moimi muzycznymi wyborami. I może także z niektórymi niemuzycznymi przemyśleniami.

Partia rządząca w Polsce cieszy się mocnym poparciem opinii publicznej. Nawet pomimo licznych kontrowersji i silnych głosów sprzeciwu przeciwko wprowadzanym zmianom. Mam wrażenie, że kwestia Brexitu w Wielkiej Brytanii też nie jest jednoznaczna. Czytałem wywiad z Julianem Fellowesem (pisarz, scenarzysta, współtwórca serialu Downton Abbey – przyp. red), w którym on z radością przyjmował decyzję o Brexicie. Stwierdził wprost, że nie ma ochoty słuchać, jak Bruksela mówi ludziom w Wielkiej Brytanii, jak mają żyć. Może – nawet mając odmienne przekonania – powinno się z pokorą przyjąć decyzje większości, która może chcieć zupełnie czegoś innego, niż nam się wydaje?

Z jednej strony mamy takie opinie, jak ta Juliana Fellowesa. Jednak z drugiej strony jest ponura rzeczywistość efektów Brexitu. Teraźniejszych i tych, które dopiero nastąpią. Podam przykład, który akurat dobrze pasuje do tego wywiadu. Dzień po głosowaniu dotyczącym Brexitu wielu Polaków mieszkających i pracujących w Wielkiej Brytanii znalazło w swoich skrzynkach pocztowych „listy nienawiści”. Wrzucone tam przez ich sąsiadów. Jasno sugerujące, że powinni opuścić Wielką Brytanię. Takie działanie napełnia mnie obrzydzeniem. Cała kampania związana z Brexitem wygląda na jedno wielkie oszustwo elit, które nigdy nie stoją na przegranej pozycji, ponieważ są niezmiernie bogate. Swoje majątki trzymają za granicą i nie płacą podatków. Także większość brytyjskich mediów, które ci ludzie kontrolują, przekonują najuboższe warstwy społeczeństwa o rzekomych benefitach, poprawie jakości życia, co jest jednym wielkim kłamstwem. Wkurza mnie to, nawet biorąc pod uwagę fakt, że wyjechałem z Wielkiej Brytanii w 2005 roku i czuję się szczęściarzem mogąc obserwować to wszystko z oddalenia.

Skoro coraz częściej społeczeństwa nie oglądają się na historię, nie chcą się uczyć na własnej przeszłości, to może trzeba pozwolić im na popełnianie pomyłek na własny rachunek?

Całkiem niedawno kilkaset tysięcy amerykańskich uczniów protestowało przeciwko przemocy z użyciem broni palnej (Enough! National School Walkout – akcja miała miejsce 14 marca 2018 roku w proteście przeciwko strzelaninie w Stoneman Douglas High School – przyp. red.). Większość młodych ludzi w Wielkiej Brytanii jest załamanych, wręcz zdruzgotanych Brexitem. Miejmy nadzieję, że kolejne pokolenia mają poglądy, które pozwolą ocalić ten nasz świat i ocalić siebie nawzajem.

autor: Krzysztof Komorek

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 07/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO