Wywiad

Skerebotte Fatta: wychodząc poza formę i codzienność

Obrazek tytułowy

fot. Aleksandra Żołnacz

Skerebotte Fatta to dziwnie brzmiący szyld, pod którym skryli się saksofonista Jan Małkowski i perkusista Dominik Mokrzewski. Ten warszawski duet niespełna rok temu wydał płytę, jakiej na polskiej ziemi nie nagrał dotychczas chyba nikt. Nikt wcześniej nie poszedł bowiem w postaylerowskie klimaty okraszone punkowym, garażowym sosem. Jeśli dodamy do tego filozoficzny fundament, na którym konstruowane są dźwięki, wówczas Skerebotte Fatta staje się bytem niemal metafizycznym.

Michał Dybaczewski: Zanim o muzyce, zacznijmy od strony semantyczno-semiotycznej: „Skerebotte Fatta” – macie jakieś włoskie korzenie? Skąd ta dziwna nazwa?

Dominik Mokrzewski: Skojarzenie z Włochami jest trafne. Chcieliśmy w nazwie uzyskać brzmienie włosko-skandynawskie. Słowa „skerebotte” i „fatta” zestawione razem brzmią bardzo dobrze. Stworzyliśmy je w naszym wymyślonym języku. Nie mają one znaczenia, nie odnoszą się do niczego, nie oznaczają żadnych konkretnych przedmiotów, są po prostu pozbawione semantyki, stanowiąc wyraz czystej ekspresji, czystej muzyczności. Wymyślając nazwę projektu, sięgnęliśmy do idei języka pozarozumowego (tak zwany język zaumny), który był tworzony po to, by przekraczać rzeczy, czynności i w jakiś sposób uciekać od szarej rzeczywistości oraz jej nietrwałości. Wymyślonym językiem nawiązujemy do muzyki w rozumieniu Johna Cage’a – dźwięki powinny być pozbawione znaczenia, one nie są ani wesołe ani smutne, tylko bawią nas same w sobie. Są treścią, którą chcemy tworzyć poza sferą codzienności.

Jan Małkowski: Język, w którym tworzymy, jest abstrakcyjny, w znaczny sposób odchodzimy nim od tego, do czego się przyzwyczailiśmy. Ten język jest dla nas inspiracją, sposobem na odbicie się i wejście na wyższy poziom. Nie ma w nim konkretu, on po prostu płynie. Będąc dzieckiem, lubiłem rysować abstrakcyjne rzeczy, dziwne kształty, które potem rozwijałem. Przeniosłem to później na niwę jazzową: nie mam za sobą edukacji muzycznej, ale jestem w stanie wyrazić się przez dźwięki, które płyną strumieniem, bez obawy o popadnięcie w formalizm.

Wprawdzie Skerebotte Fatta jest projektem świeżym, ale wy znacie się i współpracujecie muzycznie od dłuższego czasu. Wcześniej była przecież Warsaw Improvisers Orchestra czy Infant Joy Quintet.

Jan Małkowski: Jesteśmy przyjaciółmi od czasów liceum. Od dawna braliśmy udział w różnych projektach, w których byliśmy obecni jako duet. Nadszedł jednak moment, że dojrzeliśmy do tego, by wejść do studia razem i zagrać to, co się skumulowało w nas przez lata grania w różnych większych składach. Połączyło nas umiłowanie prymitywizmu w muzyce – coś, co jest proste, często jest piękne. Stwierdziliśmy, że dwa instrumenty akustyczne razem, duet saksofon/perkusja są kanonem, któremu warto poświęcić więcej uwagi.

Dominik Mokrzewski: Graliśmy razem nie tylko pod szyldem Warsaw Improvisers Orchestra i Infatnt Joy, bo były też zespoły rockowo-awangardowe: Wanna Otchłani, Ryby czy Polski Jad. Na pewno jednak przedsięwzięcia, w których centralną postacią był Ray Dickaty, dyrygent Warsaw Improvisers Orchestra i lider Infant Joy Quintet, dały nam bardzo dużo odwagi, pewności siebie oraz wiary w muzykę pozbawioną formy, muzykę freejazzową zakorzenioną w latach sześćdziesiątych.

W 2014 roku Infant Joy Quintet, którego byliście czy nadal jesteście zasadniczą częścią, wydał płytę New Ghosts, nie tylko tytułem, ale i muzyką odwołując się do twórczości Alberta Aylera. Wyraźnie nawiązujecie do niej także jako Skerebotte Fatta – już sama grafika na okładce płyty budzi skojarzenia ze Spiritual Unity, a zawartość krążka tylko potwierdza zasadność tych skojarzeń. Zapytam wprost: kim jest dla was Albert Ayler i jaki wpływ na waszą muzykę miał free jazz lat sześćdziesiątych?

Jan Małkowski: Muzyka Alberta Aylera jest dla mnie pięknem samym w sobie, emanacją czystości. Słuchając Aylera, często się wzruszam, bo jest tam mnóstwo emocji, „nagich” emocji. Niepohamowana ekspresja, jaka tkwi w jazzie tamtej epoki, stanowi dla mnie ogromną inspirację, zważywszy, że środki wyrazu, jakimi dysponuję, są ograniczone, co wynika z tego, że jestem samoukiem – na saksofonie gram stosunkowo krótko, bo od 2011 roku, czyli dopiero osiem lat.

_DSC3209-1.jpg fot. Aleksandra Żołnacz

Dominik Mokrzewski: Do jazzu lat sześćdziesiątych odwołujemy się intencjonalnie. Amerykański free jazz związany z kulturą afroamerykańską i ruchem emancypacji czarnych w Stanach Zjednoczonych jest mi zdecydowanie bliższy niż europejskie free impro. Wynika to może trochę z postkolonialnej mentalności Polaków. W jazzie Aylera pojawiają się konteksty związane właśnie z kulturą czarnych i duchowością, do której się wyraźnie odwoływali. Staram się nawiązywać do transowości i rytmiczności afroamerykańskiego jazzu, ale też zakorzenionych w nim energii i emocji. Wszystko to stanowi rodzaj autentycznego przekazu. Choć oczywiście poza Aylerem inspirują mnie także inni: Eric Dolphy, Ornette Coleman, Jimmy Hendrix, Archie Shepp, a także koledzy po fachu: Vinnie Colaiuta, Ed Blackwell, Billy Higgins, Anthony Williams, Elvin Jones, Joey Baron, John Bonham. Uważnie przyglądam się też perkusistom naszej polskiej sceny: Rafałowi Dedyńskiemu, Michałowi Kasperkowi czy Hubertowi Zemlerowi.

Wasz projekt Skerebotte Fatta wywołał sporo szumu w środowisku jazzowym. Dawno nie było tak dobrego klasycznego free jazzu w polskim wykonaniu. Jak wyglądało nagrywanie materiału?

Jan Małkowski: Album Riders From The Ra nagrywaliśmy w ciągu jego dnia. Sesja trwała może trzy godziny. Mieliśmy tyle materiału, że pojawił się problem, co ma trafić na płytę. Dzień nagraniowy wybraliśmy tak, aby przypadł na pełnię księżyca, bo wtedy pojawia się wiele inspiracji i dobrze nam się gra [śmiech].

Dominik Mokrzewski: Jeśli chodzi o nagranie materiału, to i tu pojawia się analogia do amerykańskich jazzmanów z okresu lat sześćdziesiątych. Oni nagrywali w podobny sposób jak my – studia były wtedy bardzo drogie i są one drogie również dla nas, bo nie mamy za dużo pieniędzy. Było nas stać na jeden dzień nagrania i musieliśmy się w nim zmieścić. Jest w tym także duch punku – nie mając kasy, musieliśmy zagrać to, na co nas stać, również finansowo. Całe szczęście, że nad wszystkim czuwał świetny reżyser dźwięku Michał Kupicz.

Oprócz jazzu w waszej muzyce słychać brudny garażowy punk rock. Jest to brzmienie surowe, ale jednocześnie bardzo świeże.

Dominik Mokrzewski: Muzyka, która znalazła się na płycie, to w zasadzie czysty materiał z sesji. Oczywiście odpowiednio zmiksowany przez Michała Kupicza, ale bez postprodukcji, sampli i obróbki dźwięku. Bazowaliśmy na żywym brzmieniu instrumentów i jesteśmy zadowoleni z efektów. Zagrałem na perkusji Yamaha Recording z lat osiemdziesiątych, co wyjaśnia surowe brzmienie stopy.

Jan Małkowski: Na płycie słychać trzy saksofony: sopranowy, altowy i tenorowy. Specyficzne brzmienie wynika z tego, że gram na starych amerykańskich saksofonach: sopranowym Buescher True Tone z 1926 roku, altowym Buescher Aristocrat Art Deco z 1939 roku i tenorowym Buescher True Tone z roku 1923.

Jako Skerebotte Fatta trafiliście pod skrzydła portugalskiego wydawnictwa Creative Sources. Jak do tego doszło?

Dominik Mokrzewski: Niestety, nie znaleźliśmy w Polsce wytwórni, która miałaby czas, chęć i pieniądze, żeby nas wydać. Może wynika to z urodzaju dobrych muzyków jazzowych w naszym kraju. W Creative Sources wydawali wcześniej płyty nasi znajomi: perkusista Wojtek Kurek i francuski saksofonista Sabah Al Ani. Wysłaliśmy tam próbkę materiału, która trafiła w gusta szefa wytwórni Ernesta Rodriguesa i jakoś poszło.

Jan Małkowski: Myśleliśmy, że wydanie płyty w zachodniej wytwórni otworzy nam drzwi do Europy, ale jak na razie nic takiego się niestety nie dzieje.

Wasz debiut płytowy miał prapremierę w postaci winylowej. Płyty bardzo specyficznej bo…

_DSC3301-1.jpg fot. Aleksandra Żołnacz

Dominik Mokrzewski: Pierwszymi osobami, które się zainteresowały naszą muzyką, byli Sebastian Buczek i Lidka Szpulka z wytwórni Altanova Press. Sebastian opowiedział nam o swojej unikatowej metodzie tłoczenia płyt winylowych powodującej, że są one swoistym rękodziełem. Zawsze marzyliśmy o wydaniu płyty winylowej, więc gdy pojawiała się taka szansa, krzyknęliśmy radośnie: „wow!”. Z Sebastianem Buczkiem połączyło nas także coś innego – my grając, improwizujemy, nasza muzyka jest za każdym razem inna, podobnie jest z jego płytami – każda z kilkudziesięciu płyt, jakie „wyrzeźbił”, ma inne brzmienie. Efektem tej kooperacji jest ośmiocalowa i transparentna płyta nagrana z użyciem igły diamentowej własnego wyrobu. Album został wyprodukowany w nakładzie 67 egzemplarzy, a zdobi go piękna okładka wydrukowana na papierze z recyklingu, na zabytkowych maszynach typograficznych w lubelskim Domu Słów Teatru NN.

Czy Skerebotte Fatta nas czymś jeszcze zaskoczy?

Jan Małkowski: Na początku tego roku nagraliśmy koncert w klubie Młodsza Siostra i być może zostanie on wydany na kasecie. Znowu więc sięgniemy po nietypowy w tych czasach nośnik. Na pewno nie zamierzamy przestać grać i jeśli tylko będzie okazja, aby odcisnąć nasze muzyczne emocje na jakimś nośniku, to z niej skorzystamy.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO