Paweł Mańka
Płyta tygodnia Płyty Recenzja

Charles Lloyd & The Marvels – Tone Poem

Obrazek tytułowy

Charles Lloyd przeżywa kolejną młodość, znajdując w zespole The Marvels doskonałych kompanów do niczym nieskrępowanego muzykowania, które trudno przypisać do jakiegoś konkretnego stylu muzycznego. Członkowie zespołu mają na swoim koncie może nieco krótsze, ale również udane i bardzo różnorodne kariery. Dlatego też The Marvels to projekt, w którym chyba nikt niczego nie musi, ale z pewnością każdy może się wykazać. Ich kolejny album jest już trzecim nagranym w tym samym składzie, tym razem bez gości specjalnych, którzy pojawiali się na poprzednich płytach – I Long To See You i Vanished Gardens.

Ten pierwszy jest etatowym dawcą muzyki do mojego cyklu CoverToCover. Wykorzystałem już All My Trials i Masters Of War. Nie zawaham się użyć tej płyty kolejny raz. Z sekcją Reuben Rogers / Eric Harland, weteran jazzowego saksofonu Charles Lloyd (rocznik 1938) nagrywa również swoje inne albumy. Brzmienie The Marvels wyróżnia nie tylko brak fortepianu, ale też udział dwu gitarzystów – Billa Frisela chętnie sięgającego po nowoczesne country oraz popularne piosenki, które Amerykanie określają gatunkowo jako americana, żeby uniknąć nie najlepiej przyjmowanego przydomka pop. Greg Leisz to z kolei jeden z najwybitniejszych fachowców od grania gitarach z rezonatorem (dobro) i wszelakiej maści gitarach poziomych, zwanych zupełnie nieprawidłowo hawajskimi przez ich nadreprezentację w turystycznej muzyce rodem z tych pięknych wysp Pacyfiku. Greg Leisz oprócz kilku płyt nagranych z Billem Friselem, ma na swoim koncie setki albumów nagranych z Joni Mitchell, Eric’kiem Claptonem, Brucem Springsteenem, Brianem Wilsonem, Johnem Fogerty i setką innych znanych nazwisk – krótko mówiąc mistrz w swoim fachu i rutyniarz, tak jak zresztą również pozostali członkowie zespołu.

Dla Leisza zespół The Marvels jest chyba najbardziej jazzowym z jego licznych nagrań. Dla pozostałych członków zespołu jest zupełnie odwrotnie. Lider, który po śmierci Jimmy Heatha, którego ostatni album nagrany na krótko przed śmiercią był naszą Płytą Tygodnia w zeszłym tygodniu, pozostał najstarszym aktywnym muzycznie saksofonistą wśród wielkich gwiazd tego instrumentu. Od dawna nie słyszałem żadnego nowego materiału Sonny Rollinsa i Wayne’a Shortera, którzy co prawda mają o kilka lat więcej na liczniku, ale należą do tego samego grona największych z tych najstarszych.

To Charles Lloyd dał jako pierwszy szansę w końcówce lat sześćdziesiątych Keithowi Jarrettowi i jako pierwszy muzyk jazzowy grywał w elektrycznych składach w salach Billa Grahama (Fillmore) na obu wybrzeżach Stanów Zjednoczonych zanim Miles Davis zaczął grać swoje elektryczne suity. Niektórzy historycy przyjmują nawet tezę, za której prawdziwością przemawia całkiem sporo faktów, że to Charles Lloyd wymyślił fusion grając w połowie lat sześćdziesiątych z Keithem Jarrettem, Jackiem DeJohnettem i Ronem McClure. Jeśli nie wierzycie, że sporo w tym prawdy, sięgnijcie choćby po koncertowy album Journey Within' z 1967 roku. Inni twierdzą, że pierwszy był Larry Coryel i jego The Free Spirits, ale nawet jeśli tak było, to obie grupy działały w tym samym czasie, a Lloyd miał jeszcze w odwodzie Gabora Szabo. W kolejnej, słabszej dla jazzu dekadzie lat siedemdziesiątych Lloyd zrobił nieco mniej – w zasadzie tylko wynalazł dla jazzowych saksofonistów możliwość współpracy z zespołami rockowymi grywając z The Beach Boys i zajmował się medytacją. W kolejnych dekadach był gwiazdą ECM, znajdując kilka lat temu nowy dom dla swojej nowej muzyki w Blue Note.

Na nowej płycie Lloyda znajdziecie mieszankę z pozoru trudną do zaakceptowania – utwory Ornette Colemana obok Leonarda Cohena, Gabora Szabo i Theloniousa Monka – krótko mówiąc amerykańskie klasyki (choć może na nazwanie tak Cohena wielu może się obrazić). Utworem Lady Lady Gabor Charles Lloyd wraca do swoich muzycznych korzeni. Razem grywali ten utwór w początkach lat sześćdziesiątych w big-bandzie Chico Hamiltona.

U Lloyda jednak wszystko się zgadza, a album Tone Poem jest doskonałą kontynuacją poprzednich nagrań zespołu. Jak dla mnie mogą ustawić w kolejkę parę setek pięknych amerykańskich melodii i nagrywać je po kolei. Pytanie tylko czy zdążą – lata lecą nieubłaganie, proponuję zatem, żeby kolejny album The Marvels był podwójny. Oczywiście świat muzyki nie znosi próżni i pojawiają się ciągle nowe pokolenia wyśmienitych muzyków, jednak młodsi znają muzykę wielkich mistrzów tylko z nagrań, a pokolenie Charlesa Lloyda ma tą przewagę, że zna ją ze wspólnych koncertów i nagrań, dlatego warto czasem sięgnąć po najnowszy album takiego weterana, jak Charles Lloyd, który już swoje w życiu zagrał, teraz cieszy się muzyką i dzieli się swoją radością z tymi, którzy zechcą sięgnąć po jego nagrania.

RadioJAZZ.FM poleca! Rafał Garszczyński / Rafal[malpa]radiojazz.fm

  1. Peace
  2. Ramblin'
  3. Anthem
  4. Dismal Swamp
  5. Tone Poem
  6. Monk's Mood
  7. Ay Amor
  8. Lady Gabor
  9. Prayer

Charles Lloyd & The Marvels Tone Poem

Format: CD / Wytwórnia: Blue Note / Universal / Data pierwszego wydania: 2021 / Numer: 602435263410

  • Charles Lloyd – ts, alto fl,
  • Bill Frisell – g,
  • Greg Leisz – steel g,
  • Reuben Rogers – b,
  • Eric Harland – dr.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO