FINA_maj_faraon
Felieton Słowo

Down the Backstreets: Spacer po głowie chorego

Obrazek tytułowy

Joe Budden – Mood Muzik 4: A Turn 4 the Worst

eOne, 2010

Joe Budden to oryginał jakich mało. W 2003 roku był wielką nadzieją rapu – miał umiejętności, charyzmę, osobowość i ogromny przebój Pump It Up na listach przebojów. Później przyszły problemy z wytwórnią Def Jam i przejście na ścieżkę niezależnych labeli. I właśnie wtedy – gdy zniknęło wsparcie wielkiej machiny promocyjnej – na wierzch wypłynęło pionierskie podejście Buddena do kontaktu z fanami. Jako jeden z pierwszych artystów założył kanał YouTube – JoeBuddenTV, gdzie dokumentował swoje życie prywatne i zawodowe.

Prowadził livestreamy za pośrednictwem Ustream, odpowiadał na pytania widzów. Mogli oni też oglądać sesje nagraniowe, a także jego dyskusje z partnerką Tahiry Jose – która dzięki temu również stała się gwiazdą fotomodelingu. Chwilę później powstał bardzo popularny w Stanach Zjednoczonych reality show Love And Hip-Hop – bazujący dokładnie na treściach tego typu. Budden wskakiwał na każdą nową platformę mediów społecznościowych, wyprzedzał trendy, spędzał wiele czasu wchodząc w interakcje ze śledzącymi go na Twitterze.

Wyrażane opinie często nie podobały się kolegom z branży – w efekcie czego dochodziło do wielu konfliktów. Odkrył on również zalety wydawania niezależnie – co było oczywiste dla raperów szczególnie z południa Stanów Zjednoczonych, ale uważane za porażkę w oczach tych, którzy za wszelką cenę walczyli o kontrakty w wielkich wytwórniach. Budden był zatem pionierem w kwestii marketingu i relacji ze słuchaczami. Ale umówmy się: to by nie wystarczyło, by utrzymać głowę wysoko nad wodą i nie utonąć w zalewie nowych raperów i płyt.

W mojej opinii, najważniejszą cechą Buddena jest brutalna szczerość w muzyce. Wiemy o wszystkich jego problemach emocjonalnych, psychicznych, uczuciowych – głównie z tekstów, a nie z internetu. Choroba psychiczna i nadużywanie narkotyków nie są dla niego tabu. Co za tym idzie – ze względu na rozchwianie emocjonalne i regularne rejestrowanie odczuć w tekstach w ciągu kilku lat jego kariery poznajemy człowieka o dwóch przeciwnych sobie twarzach. Każdy z nas zachowuje się inaczej w zależności od towarzystwa, sytuacji, stanu emocjonalnego etc. – Budden jednak doprowadza tę dwubiegunowość do ekstremum.

W jednym momencie rapuje o sobie jako o „piece of shit”, by za moment twierdzić, że jest najlepszym żyjącym człowiekiem. Potrafi zarapować tekst całkowicie pozbawiony jakichkolwiek śladów empatii, w efekcie którego zszokowany odbiorca potrzebuje kilku minut, by zrozumieć, co usłyszał. Jednocześnie w niektórych utworach przepięknie, ujmująco opowiada o emocjach fundamentalnych, wywołujących reakcje nawet u najbardziej zdystansowanych słuchaczy. Dla przykładu – w 2005 roku w utworze Are You In That Mood Yet? (album Mood Muzik 2) wykrzykuje sfrustrowany, że zapłaci za aborcję swojej dziewczyny, byle tylko w końcu ją zrobiła, a w Goodbye (album Welcome to: Our House, 2012) wspomina narodziny swoich martwych bliźniąt, które miały być dla niego szansą na bycie lepszym ojcem niż w przypadku pierwszego dziecka (dla jasności: nie chodzi tu o potomka, który miał być przedmiotem aborcji). A ponieważ na co dzień prezentuje podejście typu „nic mnie nie rusza”, każdy jego wybuch wzbudzał jeszcze silniejszą reakcję osób śledzących jego życie.

Niezależnie od tego, czy był bardzo odpychający, czy przeciwnie, opowiadał o sytuacjach, z którymi mogli utożsamiać się słuchacze – jego głos był słyszalny. Joe Budden pokazał raperom swojej generacji, że wrażliwość i obnażanie duszy w muzyce jest OK. Można oczywiście zgrywać najtwardszego gangstera pozbawionego emocji na każdym kawałku, ale do ludzi najlepiej trafić szczerością, chęcią wzajemnego poznania i nawiązania otwartego dialogu. Jeśli poznają cię jako prawdziwą, realną osobę, staniesz się częścią ich życia emocjonalnego niczym główna postać śledzonego od lat serialu, pozostaniesz w ich głowach (oraz playlistach) na dłużej. Budden nagrał w karierze tylko jeden wielki mainstreamowy hit, ale znaczy w kulturze o wiele więcej niż maszynka do hitów z przełomu wieków – Ja Rule. Jego muzyka często wymusza na słuchaczach wejście w jego świat – pełen rozchwiania i skrajnych emocji – i brutalne skonfrontowanie go z własnymi doświadczeniami i demonami. To jest potężna moc, którą posiada niewielu wykonawców.

Podczas wieloletnich prób wydania drugiego albumu w Def Jam Budden publikował na własną rękę projekty z serii, która stała się jego najważniejszą marką: Mood Muzik. Na tych mixtape’ach pojawiały się najbardziej emocjonalne utwory: pełne smutku, nostalgii, agresji, stanowiące terapię dla wycieńczonego walką z samym sobą umysłu rapera. Wydany w 2010 roku Mood Muzik 4: A Turn 4 the Worst jest czwartą częścią tej serii – według mnie najlepszą.

W spisie producentów znajdziemy dwa gwiazdorskie nazwiska – Scott Storch i Just Blaze, ale każdy z nich dał tylko pojedynczy bit. Ważniejszą postacią jest tutaj Brazylijczyk J. Cardim – odpowiedzialny za pięć podkładów. To jego brzmienie zdaje się wyznaczać wzór dla lwiej części pozostałych bitów i definiować całość sonicznej strony Mood Muzik 4. Większość podkładów idzie w stronę monotonnych, często ograniczonych melodyjnie, klawiszowych, elektronicznych tekstur, wybrzmiewających w tle mocnych bębnów, wyznaczających kierunek skupienia słuchacza. Na pierwszym planie – słowa, mocny głos Buddena i bębny, w dalszej tło muzyczne.

Przykładem takiej minimalistycznej, przestrzennej produkcji niech będzie Black Cloud – potężny utwór o męczącej, wyniszczającej ucieczce od kolejnych problemów, które nie chcą zniknąć. Podobne wrażenie robi Sober Up z rewelacyjną, gościnną zwrotką Crooked I’a – nieco szybszy, opowiadający o huśtawce emocjonalnej, niedostosowaniu społecznym, z prostym wnioskiem: „nie chcę wytrzeźwieć”. Wyróżnię też epickie Aftermath oraz Remember the Titans – inteligentne, cwaniackie braggadocio z gościnnym udziałem trzymającego z Buddenem od lat Fabolousa, kolegi z supergrupy Slaughterhouse – Royce’a da 5’9” oraz członka G-Unit – Lloyda Banksa, z którym Joe kilka lat wcześniej był skonfliktowany.

Zresztą wszyscy goście stanowią świetne uzupełnienie albumu – pojawiają się w idealnie dobranej dawce: nie przytłaczają gospodarza, a wzbogacają całość. Zresztą Buddena nie byłoby tak łatwo przytłoczyć. Jego głos i flow są silne oraz przejmujące – oddają emocje zawarte w tekstach, nakazują skupienie uwagi i utrzymują ją. Przez lata Budden poprawił również dykcję – niskie głosy czasami bywają zamglone, trudne do zrozumienia. Przestał przeszkadzać również sygmatyzm – o wiele bardziej rzucający się w oczy np. na debiutanckiej płycie.

Joe Budden był bardzo uzdolnionym raperem już w momencie przebicia się na scenę w 2003 roku, ale lata spędzone w studiu i współpraca ze Slaughterhouse (supergrupą utworzoną w 2009 roku) sprawiły, że w momencie nagrywania Mood Muzik 4 mógł rywalizować wers za wers z każdym raperem na Ziemi. Nie każdy tytan mikrofonu jest jednak tak pasjonującą postacią jak Budden – i nie każdy staje przed słuchaczem nago, pokazując każdą, otwartą lub zabliźnioną, ranę. Joe to prawdziwy wirtuoz długopisu, równie dobrze radzący sobie, gdy utwór ma być aroganckim braggadocio czy dziesięciominutowym, pozbawionym refrenu opisem jego stanu umysłu i sytuacji życiowej (10 Mins. z debiutanckiego albumu – co za utwór!). Chociaż wszyscy znają jego postać – albo tylko z Pump It Up, albo uważnie podążając za każdym jego ruchem, płyty Joego Buddena nie sprzedawały się masowo. Nawet debiutancki album Joe Budden z 2003 roku osiągnął „zaledwie” status złotej płyty. Wzbudzały one jednak reakcje fanów, poruszały osoby poszukujące rapu sięgającego w głębsze odmęty ludzkiej psychiki.

Obecnie Budden twierdzi, że zakończył karierę rapową i poświęcił się całkowicie podcastingowi. Wykorzystał swoją wiedzę na temat branży oraz niewyparzony język, by stworzyć całkowicie niezależne, opiniotwórcze medium – Joe Budden Podcast. Twierdzi też, że jest teraz o wiele szczęśliwszy niż podczas kariery rapowej. I łatwo mu w to uwierzyć. Środowisko hip-hopowe bywa toksyczne i karykaturalnie zmaskulinizowane, a poziom testosteronu czasami przebija sufity. Trudny charakter i konfliktowość, w połączeniu z nagminnym odsłanianiem własnych pięt achillesowych, doprowadziły Buddena do wielu zaognionych sytuacji, co na pewno odbiło się na jego i tak zranionym zdrowiu psychicznym. I tak jak ogromnie chcielibyśmy my – fani jego muzyki – kolejnego Mood Muzik i kolejnych opowieści o nieudanych związkach w serii utworów Ordinary Love Shit – nie bądźmy na tyle samolubni, by poświęcać zdrowie ulubieńca w imię sztuki. Dobrze widzieć go uśmiechniętego i stabilnego emocjonalnie. O ile nie jest to tylko poza na potrzeby wizerunkowe.

Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO