Confusion
Felieton Słowo

Down the Backstreets: Właściwy powrót Króla

Obrazek tytułowy

Jay-Z – American Gangster

Roc-A-Fella, 2007

Nie wiem, z czym środowisko jazzowe kojarzy Jaya-Z. Obawiam się, że dla niektórych, patrzących na „rapowców” z góry, może on być twarzą wszystkiego, co rzekomo złe w muzyce. Prawdopodobnie stanowi dla nich przykład komercyjnej, popowej zabaweczki, nagrywającej piosenki do MTV. Czuję się więc w obowiązku napisać tak jasno i jednoznacznie, jak tylko się da: Jay-Z jest MC o absolutnie elitarnym poziomie umiejętności, niepodważalnym katalogu i wielkich zasługach dla kultury hip-hopowej. Nie bez powodu zalicza się go do najlepszych raperów w historii, a w wielu hip-hopowych zestawieniach zajmuje miejsce na samym szczycie. Nie bez powodu jest idolem kilku generacji raperów i odbiorców muzyki. Miejmy jasność w tej kwestii.

Od debiutanckiego albumu Reasonable Doubt w 1996 do The Black Album w 2003 roku Jay-Z wydawał nową płytę rok w rok, bez wyjątków. Nastąpiło więc pewnego rodzaju wypalenie i pomimo wielkiej formy twórczej artysta ogłosił The Black Album swoim finalnym albumem solowym. Zagrał historyczny koncert w Madison Square Garden (upamiętniony w filmie Fade to Black), przeszedł na twórczą emeryturę i skupił na zarządzaniu wytwórnią Def Jam, której prezesem został w 2004 roku. W tym czasie wydawał też poboczne projekty, takie jak Collision Course z Linkin Park czy Unfinished Business z R. Kellym (czego żałował wkrótce później, a dzisiaj zapewne jeszcze bardziej).

W 2006 roku ogłosił wielki powrót albumem Kingdom Come. Jego premiera została przyspieszona ze względu na problemy finansowe wytwórni Def Jam, czego efektem był produkt nie w pełni spełniający wielkie oczekiwania słuchaczy, spragnionych nowej muzyki od Jaya-Z. Ten głód wyraził się jednak w wynikach sprzedaży – 680 tysięcy egzemplarzy w pierwszym tygodniu. Tym niemniej średni odbiór płyty wywołał dyskusje: czy Jay-Z się kończy? Czy nie czas zwrócić uwagę raczej w stronę aktualnych gwiazd, np. Lila Wayne’a, który w odniesieniu do rzekomej emerytury Jaya ogłosił się „best rapper alive, since the best raper retired”. Po Kingdom Come pierwszy raz od dłuższego czasu Jay-Z miał coś do udowodnienia. W 2007 roku został zaproszony na przedpremierowy pokaz filmu American Gangster Ridleya Scotta, w której główną rolę – heroinowego barona Franka Lucasa – brawurowo zagrał Denzel Washington. Obraz zainspirował go na tyle, że kolejne dwa tygodnie spędził w studiu, nagrywając większość albumu o tym samym tytule.

American Gangster jest powrotem do przestępczej przeszłości Jaya-Z. Nie jest tajemnicą, że przez wiele lat handlował narkotykami, co odbiło się na jego charakterze, relacjach oraz wydłużonej drodze do sukcesu w branży muzycznej. Traumę, wspomnienia, emocje, przebłyski konkretnych sytuacji i uczuć znajdujemy zarówno wprost w rapowanych wersach, jak również między wierszami – w pauzach, zawieszonych słowach i metaforach. Na American Gangster Jay-Z na nowo odkrywa zauroczenie słowami i uliczną poezją. Wiele zarapowanych przez niego linijek wybiega daleko poza gatunkowe standardy 2007 roku, miesza uliczny slang z wyszukanymi metaforami lub redefiniuje powszechnie znane mądrości.

Kilka przykładów, żeby nie być gołosłownym: „Bad drug dealer or victim, I beg / What came first? Moving chickens or the egg? / This is why I be so fresh / I'm tryna beat life 'cause I can't cheat death” – Pray. „Stay outta trouble – Mama said as Mama sighed / Her fear, her youngest son be a victim of homicide / But I gotta get you outta here momma, or I'ma die / Inside / And either way, you lose me, Mama, so let loose of me” – No Hook. „Blame Reagan for making me into a monster / Blame Oliver North and Iran-Contra / I ran contraband that they sponsored / Before this rhymin' stuff we was in concert” – Blue Magic.

Album, słuchany z należytą uwagą i szacunkiem, stanowi dla słuchacza zupełnie nowe doświadczenie, iinne niż te, do których byliśmy przyzwyczajeni. Z tego powodu raper zdjął go całkowicie ze sklepu iTunes, gdy Apple nie zgodziło się na zablokowanie możliwości ściągania pojedynczych utworów. Jayowi zależało, by w tym konkretnym wypadku wymóc na słuchaczach odsłuch dzieła w całości. Przestępcza kariera jest motywem przewodnim albumu, ale Jay trzyma się tego konceptu raczej luźno. Wyraźnie nakreśla drogę bohatera: od startu przez wzlot, szczyt po upadek, ale jest to jedynie szkielet albumu, a niemalże każdy utwór zbacza ze sztywnego kursu i dotyka wielu innych kwestii związanych z życiem, uczuciami i emocjami podmiotu lirycznego.

Właściwie American Gangster traktowałbym bardziej jako przestrogę przed niewłaściwymi wyborami życiowymi. O ile pojawiają się momenty celebracji sukcesu i pieniędzy – szczególnie Roc Boys (And the Winner is), jeden z najlepszych singli 2007 roku – to zdecydowanie więcej jest wyrzutów sumienia, niepewności, goryczy, strachu i apatii. W późniejszych latach często odnosiłem wrażenie, że Jay-Z zbyt często włącza autopilota, jest znudzony rapowaniem, i pomimo że jego talent wystarczał na nagrywanie ponadprzeciętnych zwrotek, to brakuje w nich iskry i inspiracji. Na American Gangster chce mu się. Zresztą zazwyczaj gdy z różnych powodów wraca do kryminalnej tematyki, brzmi jak nowo narodzony.

W rolach pobocznych mamy Idrisa Elbę (spoken word w intro), Beyoncé (spoken word/modlitwa w Pray), Pharrella (refren w I Know), Beaniego Sigela, Nasa i Lila Wayne’a (wszyscy gościnne zwrotki). Hello Brooklyn 2.0 to druga współpraca Jaya z Waynem w ciągu 12 miesięcy, panowie pokazali wtedy jednoznacznie, że żadnego konfliktu między nimi nie ma, pomimo wcześniejszych uszczypliwości w wywiadach. A podczas koncertu w Hammerstein Ballroom, Wayne uniósł ręce w geście „diamentu” wytwórni Roc-A-Fella, wskazał na Jaya, powiedział „the best rapper alive”, następnie na siebie, stwierdzając „the next rapper in line”. To jest szacunek.

W warstwie muzycznej American Gangster jest w sumie również powrotem do przeszłości, bo pierwszy raz od 1997 roku Jay-Z na własnym albumie bliżej współpracuje z Diddym i ekipą The Hitmen. Legenda głosi, że mieli oni zestaw sampli czekających na właściwy moment do użycia, na kogoś godnego zarapowania na nich (bo nie mógł już tego zrobić śp. Notorious B.I.G.). Pachnie mi to opowieścią zmyśloną na potrzeby marketingowe, ale trudno zaprzeczyć, że mało kto jest równie godny wykorzystania „skrywanych sampli” co Jay-Z.

Hitmen odpowiedzialni są za sześć utworów, po dwa zrobili Just Blaze, The Neptunes i duet No ID i Jermaine Dupri. Pojedyncze podkłady dorzucili południowcy – DJ Toomp i Bigg D. Zdecydowana większość oparta jest na brzmieniu soulu z lat 70., dzięki czemu muzyka utrzymuje związek z filmem American Gangster, którego akcja dzieje się właśnie wtedy. The Neptunes przynoszą odrobinę syntetycznych klawiszy, ale nadal wykorzystanych w bardzo gustowny, nienachalny sposób. Album brzmi dokładnie tak, jak kojarzą się filmy o amerykańskich karierach gangsterskich: z jednej strony luksusowe, przestrzenne bity, ilustrujące zdobyte szczyty i korzystanie z uzyskanych dóbr i finansów, z drugiej niepokojące, ponure i wywołujące negatywne emocje, gdy Jay-Z opowiada o ciemnych stronach opisywanego życia.

American Gangster został przyjęty entuzjastycznie i dzisiaj wymieniany jest wśród najlepszych płyt Jaya-Z obok Reasonable Doubt, The Blueprint oraz The Black Album. Na jego następną tak ciepło odebraną płytę musieliśmy czekać do 2017 roku, gdy wszedł do konfesjonału na 4:44. Uważam, że zarówno pod względem liryki, jak i brzmienia American Gangster jest albumem ponadczasowym i równie dobrze będzie się go słuchać za 10, 20 i 30 lat.

Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO