Papierowy JazzPRESS
Recenzja

P.E. Quartet – Cokolwiek

Obrazek tytułowy

Multikulti Project, 2018

„Nie byłoby tej płyty, gdyby nie zielony ford galaxy…” – takie tajemnicze stwierdzenie znaleźć możemy wewnątrz okładki albumu Cokolwiek zespołu P.E. Quartet. Cóż, wielkim miłośnikiem tego modelu motoryzacyjnego potentata z Michigan nigdy nie byłem, ale skoro miał on jakikolwiek wpływ na powstanie tak świetnej płyty, to spojrzeć muszę jednak na poczciwego vana nieco przychylniejszym okiem…

P.E. Quartet to zespół stworzony przez czterech wyjątkowo interesujących muzyków. Współtworzą go saksofonista tenorowy Jerzy Mączyński (obecnie wraz z Marcelem Balińskim w arcyciekawym Jerry & The Pelican System), gitarzysta Szymon Wójcik (z Mączyńskim znają się chociażby ze wspólnych występów w RASP Lovers – na marginesie, polecam rozwinięcie akronimu RASP), kontrabasista Rafał Różalski (czyli jedna czwarta kwartetu Entropia Ensemble) oraz perkusista Bartosz Szablowski (podpora niedocenianego Paweł Surman Quartet). Mączyński, Wójcik, Różalski i Szablowski to czwórka wyborowa, wobec której oczekiwania mogą być tylko wysokie. Na szczęście płyta Cokolwiek dogodzi gustom nawet największych jazzowych malkontentów.

Ascetyczna oprawa płyty stoi w kontrze do jej bogatej zawartości. Panowie znakomicie wplatają do kompozycji wątki improwizowane, całość jest jednak bardzo wysmakowana. Ci młodzi muzycy zdają się rozumieć (co nie jest znowu tak powszechne w świecie polskiego jazzu), że improwizacja to nie granie czegokolwiek „z kapelusza”, lecz umiejętne i zdyscyplinowane podporządkowanie się całości utworu. Dobitnie pokazuje to utwór Krzyk, fantastycznie napędzany przez sekcję rytmiczną, pełen wewnętrznego napięcia, lecz również przestrzeni dla wysublimowanych popisów Szymona Wójcika. Moim faworytem pozostaje jednak rozbudowana kompozycja Znużony, początkowo delikatnie prowadzona przez Mączyńskiego, przechodząca we freejazzowo-spacerockową część środkową, po to, by dopełnić się w finale intrygującą solówką Różalskiego.

Każdy z instrumentalistów zasługuje na szczere słowa uznania, jednak płyta ta zachwyca przede wszystkim fenomenalnym wyczuciem kompozycji. Swoboda w karbach dyscypliny – ten prosty przepis w tym wypadku dał naprawdę piorunujący efekt.

Być może, tak jak chcieliby tego muzycy P.E. Quartet, muzyka to bałagan i chaos. Niewątpliwie jednak, jak wyśpiewywał to ochoczo lider jednego z łódzkich zespołów rockowych, jest to jak najbardziej „chaos kontrolowany”. Cokolwiek to kawał rozimprowizowanego dzieła, które zasługuje tylko na najgłośniejsze oklaski.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 6/2019

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO