Papierowy JazzPRESS
Recenzja

Vandermark / Kugel / Tokar – Escalator

Obrazek tytułowy

Zapewne każdy, kto chociażby pobieżnie śledzi scenę freejazzową, zauważył już dawno, że ilość płyt, które wydają artyści z tego kręgu łatwo może przytłoczyć. Jakim sposobem biedny recenzent ma to wszystko przesłuchać i jeszcze do tego wybrać i opisać rzeczy najciekawsze i najbardziej godne uwagi? Niestety nie ma na to dobrego sposobu, ale muzycy nie grają przecież dla krytyków tylko dla publiczności (choć złośliwi twierdzą, że muzycy free grają głównie dla siebie).

Jednym z artystów, którzy w sposób (raczej niezamierzony) dokładają piszącym sporo pracy jest Ken Vandermark. Wydawnictwa z jego udziałem ukazują się z nieludzką wręcz częstotliwością (a często są to wielopłytowe boksy, by nie rozdrabniać się na pojedyncze krążki). Nie ukrywam więc, że po części z braku wystarczającej ilości czasu, a po części z chęci obcowania również z muzyką innych artystów, wybiórczo śledzę dokonania tego amerykańskiego saksofonisty.

Najnowszą (póki co) płytą z jego udziałem, która trafiła do mojego odtwarzacza jest album Escalator nagrany z udziałem kontrabasisty Marka Tokara i perkusisty Klausa Kugela, podczas krakowskiego występu tria w maju 2016 roku. Wszyscy trzej muzycy współtworzący zespół to postaci znane i cenione przez miłośników swobodnego podejścia do dźwiękowej materii, czasem zaledwie w symboliczny sposób odnoszącej się do jazzu. Ken Vandermark wielokrotnie dawał dowody swojego przywiązania do twórczości postaci dla jazzu legendarnych (proszę zerknąć na zawartość dwunastopłytowego boxu Alchemia grupy Vandermark 5). Nie powinno więc dziwić sięganie przez niego po tego rodzaju artykulację – pierwsze takty otwierającej album kompozycji 13 Lines po prostu pulsują swingiem. W trakcie następuje zagęszczenie dźwięków, ale i tak atmosfera bopu z czasów, kiedy powoli przepoczwarzał się we free jazz, unosi się nad tym utworem do końca.

Druga kompozycja z płyty nosi tytuł Automatic Suite i jest najdłuższym utworem na wydawnictwie. Moim zdaniem również najciekawszym – improwizacja oparta na zapętlających się i narastających repetycjach bardzo powoli zmierza do finału, a dzięki rozciągnięciu do ponad kwadransa zyskuje niemal medytacyjny charakter. W trzecim utworze sporo miejsca dla siebie ma Mark Tokar zaciekle piłujący struny kontrabasu smyczkiem. Z czasem delikatnie i niemal niepostrzeżenie dołącza do niego pozostała dwójka i wspólnie tworzą pozornie przypadkowe zbiorowisko hałasów i zgrzytów, które po uważnym przysłuchaniu okazuje się interesującą konstrukcją utkaną z kilku niezależnych wątków.

Kolejna kompozycja to już dość standardowe free do jakiego przyzwyczaili słuchaczy Vandermark, Tokar i Kugel (oraz całe grono muzyków wywodzących się z podobnych kręgów). Jest gęsto, szybko i mocno, z krótkimi, krzykliwymi frazami saksofonu i bezlitośnie „rozstrzeliwaną” perkusją. Na koncercie prawdopodobnie słuchało się tego nieźle, niestety z płyty nieco rozczarowuje przewidywalnością i sztampą. Nieumiejętność oderwania się od schematów często wytykają Vandermarkowi jego krytycy – i jest w tym ziarno prawdy. Saksofonista często nie potrafi być przekonywujący, kiedy próbuje improwizacji totalnej. Bardzo dobrze wypada za to w utworach, które budowane są na bazie jakiegoś szkicu, maja skomponowane mniejsze lub większe fragmenty.

O wiele ciekawiej od poprzednika prezentuje się ostatni na płycie utwór zatytułowany End Numbers. Ponownie przez free jazzowe wdzianko muskuły pręży bopowa klasyka – i to sprawdza się bardzo dobrze.

autor: Rafał Zbrzeski

tekst ukazał się w JazzPRESS 01/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO