(Biophilia Records, 2025)
Na Strange Heavens australijska basistka Linda May Han Oh eksploruje format jazzowego tria w stylu zbliżonym do recenzowanego przeze mnie w JazzPRESSie (nr 5-6/2025) Spirit Fall Johna Patitucciego. Zamiast saksofonów liderka postawiła jednak na trąbkę Ambrose’a Akinmusire’a, a skład dopina perkusista Tyshawn Sorey. Niniejsza płyta, może nie tak przebojowa jak dzieło Patitucciego, imponuje za to solidnym groovem i świeżą produkcją. Na tym firmamencie wirtuozerskie popisy i sonorystyczne zagrywki instrumentu prowadzącego wybrzmiewają wyjątkowo; kolejna to okazja, by Akinmusire udowodnił, że należy do światowego topu innowatorów współczesnej jazzowej trąbki.
Dwanaście utworów, dziesięć to kompozycje własne, dwa to osobliwe covery uznanych jazzmanek: gwiazdy puzonu wyrosłej na bebopie Melby Liston i przedwcześnie zmarłej pianistki Geri Allen – selekcja zapewne nieprzypadkowa, znając tendencje Han Oh do eksponowania kobiecego głosu w jazzie. Poza paroma balladowymi wyjątkami, jak np. urokliwy Folk Song z uroczym dialogiem smyczkowanego kontrabasu i trąbki, czy przypominającym kameralne duety Dizzy’ego Gillespiego Just Waiting (autorstwa Liston, z przejmującą partią liderki), trio eksploruje współczesny jazzowy rytm, sięgając miejscami do wpływów bliższych bitom J Dilli i generalnie nowoczesnej rytmice okołojazzowej.
Klasa sidemanów pozwoliła tutaj liderce zaprogramować te jamy tak, że płyta właściwie wcale nie nudzi, i choć utwory nie są specjalnie wybitne, to wpadają w ucho – w takim Living Proof powracający jak mantra solidny temat pizzicato Han Oh trzyma w ryzach bezbłędną skądinąd trąbkę Akinmusire’a. Jako sympatyk formuły tria wtopiłem się w tę muzykę już od pierwszych dźwięków utworu Portal: tak znakomity jest poszukujący bas i flażolety Han Oh, tak wysmakowana jest paleta barw Akinmusire’a. Punktem kulminacyjnym jest krótki utwór Home, który w szczytowym momencie osiąga intensywność rodem z najlepszych płyt Dona Cherry’ego. Spragnionym grania na najwyższym poziomie polecam więc najnowszą płytę Lindy May Han Oh z czystym sumieniem. Będzie do czego wracać, czekając na kolejne interesujące płyty nagrane w triu. Być może nawet sequel Strange Heavens. Czuję się zachęcony.
Piotr Zdunek