Papierowy JazzPRESS
Recenzja

Brad Mehldau Trio — Seymour Reads The Constitution!

Obrazek tytułowy

Ten rok jest szczególnie dobry dla fanów Brada Mehldaua. Ukazały się już dwie płyty firmowane nazwiskiem muzyka. W planach kolejne wydawnictwa, tym razem z pianistą w roli gościa (żeby wspomnieć choćby o rychłej premierze albumu Fleurine – prywatnie Mrs. Mehldau). Koncertowo również zapowiada się bogate dwanaście miesięcy – także w Polsce. Po letnim występie Warszawie, listopadową porą Mehldau pojawi się we Wrocławiu w odsłonie symfonicznej. Skupmy się jednak na wydanym w maju albumie Seymour Reads The Constitution! Płycie nagranej w stałym od lat składzie trzyosobowego zespołu Brada Mehldaua.

Zaintrygował Mehldau wszystkich już tytułem albumu. Jazzowe media wałkowały wprawdzie ten temat na wszystkie możliwe sposoby, ale gwoli poinformowania ewentualnych niewiedzących, przywołany w tytule osobnik to Philip Seymour Hoffman, który przyśnił się muzykowi jak czyta na głos amerykańską ustawę zasadniczą. Sen miał oczywiście „ścieżkę dźwiękową”, która pojawiła się na omawianej tu płycie w postaci najpiękniejszej w całym godzinnym zestawie kompozycji. Jednej z trzech podpisanych przez Mehldaua.

Pozostała piątka to nagrania autorstwa Elmo Hope’a (De-Dah), Paula McCartneya (Great Day z czasów pobeatlesowskich), Sama Riversa (Beatrice), Lernera i Loewe’a (Almost Like Being In Love) i Beach Boysów (Friends – drugi z moich faworytów na tej płycie, piękny przykład jak z błahej melodyjki stworzyć arcydzieło). Całość ozdobiona perełkami w postaci cytatów z Leoncavalla i Pierponta (słuchajcie i szukajcie!). Muzykę tria Mehldaua najlepiej opisują słowa samego pianisty, usłyszane kiedyś przeze mnie na jednym z jego koncertów. Miałem już okazję je cytować (o ile mnie pamięć nie myli), ale Seymour Reads The Constitution! jest okazją, przy której właśnie one wyrażają kwintesencję Mehldauowskiego grania: „Zagraliśmy kilka moich utworów i kilka utworów innych gości”. Po prostu. Bez dopisywania jakiejś wyrafinowanej ideologii.

Płyta, która nie ma końca, bo można jej słuchać raz po razie, w pełnej emocji i wrażeń pętli. Nie miewam takich snów, ale dobrze, że ci, którym się objawiają, potrafią tak pięknie się nimi dzielić.

autor: Krzysztof Komorek

tekst ukazał się JazzPRESS 07/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

27 czerwca

Lado w Mieście ma 10 lat

Plac Zabaw nad Wisłą

Warszawa

27 czerwca

Swingujące trójmiasto

Muzeum Miasta Sopotu

Sopot

28 czerwca

Summer Jazz Festiwal w Krakowie

Festiwal

Kraków

01 lipca

Vertigo Summer Jazz Festival

Festiwal

Wrocław

06 lipca

Jazz na Starówce 2019

Rynek Stare Miasta

Warszawa

11 lipca

12. Letnia Akademia Jazzu (karnet)

Klub Wytwórnia

Łódź

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO